ZWYCIĘZCA NIE BIERZE WSZYSTKIEGO

Dawid Warszawski

Gazeta Wyborcza nr 32, wydanie waw z dnia 08/02/1999 OPINIE, str. 19

Na całym świecie „okrągły stół” oznacza wspólny wysiłek stron szukających wyjścia z dramatycznej sytuacji. I wszędzie pamięta się, że Polacy umieli wykorzystać ten mebel. Jedynie w naszym kraju Okrągły Stół jest synonimem zdrady.

Umowę polityczną Okrągłego Stołu podpisywano 5 kwietnia 1989 roku w hallu Pałacu Namiestnikowskiego, na przypadkowym stoliku i w przypadkowym składzie. Zabrakło większości uczestników obrad, zajętych przygotowaniami do podpisania generalnego porozumienia okrągłostołowego, co miało nastąpić za kilka godzin. Fotograf szerokim gestem zachęcał wszystkich przechodzących akurat przez hall, by się zgromadzili wokół głównych negocjatorów, profesorów Bronisława Geremka i Janusza Reykowskiego.

Cofnąłem się. Nie uważałem, bym miał prawo być na tym zdjęciu. Byłem przecież jedynie obserwatorem, nie negocjatorem, dziennikarzem, nie politykiem. Błyskał flesz, a ja myślałem, że oto jestem przy powstawaniu fotografii, którą odtąd do znudzenia powtarzać będą szkolne podręczniki historii. Ktoś mnie trącił w ramię.

– No i nie ma dowodziku na kolaboracyjkę. Bardzo przytomnie – kolega dziennikarz mrugnął jeszcze do mnie i pobiegł zbierać pierwsze reakcje.

Zwariował – pomyślałem.

Zmowa elit

A przecież poniekąd na jego wyszło. W dziesięć lat po fakcie Okrągły Stół jest w najlepszym razie zapomniany, w najgorszym powraca jako synonim jeśli nie targowicy, to podstępnego porozumienia elit. Całe szczęście, że jest jeszcze Magdalenka, na którą można zrzucić całe odium za polską bezkrwawą transformację. Inaczej nieszczęsne negocjacje, rozpoczęte 6 lutego 1989 r. i zakończone w dwa miesiące później, bez reszty zostałyby obarczone brzemieniem zapomnienia lub niesławy.

Taki w każdym razie los spotkał je w Polsce. Za granicą – od Francji po Mongolię, w publicystyce, politologii, a nawet powszechnej świadomości – słowa „okrągły stół” określają wynegocjowane wyjście z dramatycznej sytuacji, wypracowane wspólnym wysiłkiem stron. Znak „Solidarności” i twarz Wałęsy, Okrągły Stół i „plan Balcerowicza” to natychmiast rozpoznawane odsyłacze do polskich sukcesów okresu przełomu. Wiele więcej o Polsce nie wiadomo. To natomiast jest znane. I budzi zazdrość.

Latem 1994 r. jeździłem po Bośni z polskim policjantem z sił ONZ, byłym dowódcą jednostki ZOMO. Policjant próbował nakłonić lokalnych policjantów muzułmańskich i chorwackich do współpracy.

– Popatrz – mówił, pokazując na mnie – przecież my dwaj byliśmy przez lata wrogami, a teraz – proszę…

Nieważne, czy dogadalibyśmy się, co mianowicie „teraz – proszę…”. Ważne, że niemal zawsze słyszeliśmy w odpowiedzi, że nam to dobrze mówić, bo u nas był „okrugao sto”, a u nich jest w kółko wojna.

A więc zmowa elit czy zbawienie przed wojną? Przedmiot wstydu czy dumy? Czym był Okrągły Stół?

Zmową elit był z całą pewnością. – Normalnie, jak lud szturmuje pałace władzy, to jest rewolucja – tłumaczył mi Jacek Kuroń, patrząc na przedstawicieli „Solidarności” wchodzących do Pałacu Namiestnikowskiego. – A my szturmujemy pałace władzy po to, żeby rewolucji nie było.

Dokładnie z tych samych powodów, używając dokładnie tych samych argumentów, ekipa Jaruzelskiego przekonała partyjny aparat, że do rozmów trzeba usiąść. „Partia zawyła” – skomentował reakcję towarzyszy Stanisław Ciosek. Zawyła, by uprzedzić, że ugryzie, czy z żalu, że nie miała już kłów?

Ten właśnie spór zasadniczo podzielił ówczesną opozycję, a jego skutki dzielą ją do dziś. Do stołu z władzą usiedli ci, którzy albo byli zdania, że partia wciąż ma kły, albo też, że nie należy tego sprawdzać. Lepiej dokonać przy Okrągłym Stole znaczących nawet ustępstw, niż stawiać sprawę na ostrzu noża i ryzykować konfrontację. Nawet bowiem, gdyby nasza strona konfrontację tę wygrała, cena zwycięstwa byłaby wyższa od ceny kompromisu.

Większość jednak solidarnościowych negocjatorów nie sięgała wyobraźnią tak daleko. Było dla nich jasne, że komunizm potrwa jeszcze czas jakiś i że należy się z tym pogodzić, rezygnując tymczasowo z walki o pełną niepodległość kraju w zamian za jego wewnętrzną suwerenność. Podczas zasadniczej debaty ustrojowej na temat prerogatyw prezydenta (a nie było wątpliwości, kto nim zostanie – przesądzał o tym uzgodniony podział mandatów sejmowych) nikt po naszej stronie stołu nie kwestionował jego uprawnień w zakresie polityki zagranicznej i obronności. Ci zaś, którzy by te uprawnienia w sposób zasadniczy odrzucali, nie byli po prostu przy stole obrad reprezentowani.

Od kompromisu do demokracji

– Z komunistami – uważali przeciwnicy okrągłostołowego kompromisu – można usiąść do rozmów jedynie na temat ich bezwarunkowej kapitulacji. Po pierwsze, nic im się od nas nie należy. Po drugie, są zbyt słabi, by się nam sprzeciwić. Po trzecie, ewentualną konfrontację i tak wygramy, a cena zwycięstwa, jakakolwiek by była, zawsze jest niższa od ceny kompromisu.

Przeciwnicy kompromisu – zwani równie trafnie, co życzliwie „oszołomami” – mieli rację w jednym, kluczowym punkcie. Partia już nie miała kłów. Komunizm się kończył, Związek Sowiecki upadał, pozycja przetargowa drugiej strony była marna. Wystarczyłoby trochę poczekać, a niepodległość, demokracja i władza same by nam wpadły w ręce w ten czy w inny sposób. Ta wizja geopolityczna, artykułowana przez środowiska „Niepodległości”, KPN, „Solidarności Walczącej”, była trafna; kluczowy był jednak ów z pozoru niewinny zwrot „w ten czy w inny sposób”.

Wydarzenia następnych dwóch lat pokazały z całą ostrością, że radykałowie mieli rację. Solidarnościowi okrągłostołowcy, których wizja bezpośredniej przyszłości mieściła się w ramach schematu „Finlandii plus”, po prostu się mylili. A razem z nimi mylił się nieomal cały świat. Politycy Zachodu przez cały czas upominali „Solidarność”, by nie była zbyt radykalna, by nie szła w swych żądaniach za daleko. Mylić się mieli jeszcze długo: Amerykanie proponowali Rosjanom w grudniu 1989 r., by wkroczyli do Rumunii i przywrócili porządek, jeszcze w 1991 r. Bush będzie w Kijowie przekonywał Ukraińców, by nie występowali ze Związku Sowieckiego. Nowy świat, wyłaniający się z ruin komunizmu, nie tylko nam było trudno ogarnąć wyobraźnią.

Ale jeśli myliliśmy się tak bardzo co do przesłanek, to czy błędne były także wnioski z nich wyciągnięte? Nie.

Dziś wiemy, że komunizm upadał. Nie wiemy, czy – gdyby do negocjacji nie doszło – upadłby bez walki. I na tym polega znaczenie tego „w ten czy w inny sposób”. Nie tylko podczas Okrągłego Stołu, ale także w dniu wyborów i potem, widmo rozwiązania siłowego nie było całkowicie pogrzebane. To przypadek, że pierwsze w Polsce półwolne wybory przypadły właśnie w dniu rzezi na placu Tiananmen.

Ale rzeź ta przypadkiem już nie była. Taki możliwy bieg wypadków trzeba było uwzględnić, planując strategię budowy demokracji w naszym kraju. Spisek elit zawiązał się przeciwko takiemu biegowi wypadków, a nie – przeciwko takiemu czy innemu jego wynikowi. Dzięki temu porozumienie stało się możliwe – ale spiskowcy zapłacili za nie wysoką cenę. Najpierw naród powiedział w czerwcowych wyborach, co myśli o całej PZPR. Potem partia komunistyczna wykosiła sprawców „sromotnej kapitulacji” (klęska Cioska na XII plenum KC w lipcu ’89). Następne lata to historia nieustannych ataków na polityków solidarnościowej strony Okrągłego Stołu, oskarżanych o zawarcie „haniebnej ugody”. Przed tym zarzutem uchronili się jedynie ci, którzy – jak Zbigniew Romaszewski, bracia Kaczyńscy czy sam Lech Wałęsa – przekonali wszystkich, że tak naprawdę nie brali w tym udziału.

„Rycerzom okrągłego stołu” zarzucano już nie tyle to, co podpisali, lecz to, czego nie podpisali. Tajne umowy z Magdalenki. Porozumienia o podziale władzy. Gwarancje bezpieczeństwa dla komunistów. Ta eskalacja oskarżeń, na które nikt nie znalazł choćby ćwierci dowodu, wydaje się charakterystyczna.

Zarzut, że samo porozumienie Okrągłego Stołu było targowicą, szybko przestał być nośny, kiedy padały – jedna za drugą – wszystkie antydemokratyczne instytucje, których istnienie potwierdzono w porozumieniu. Ani podział mandatów sejmowych 65:35, ani prezydenckie prerogatywy, ani pokrętne konstrukcje uprawnień związków zawodowych nie wytrzymały ciśnienia rzeczywistości. To, co w ugodzie Okrągłego Stołu było naszym ustępstwem, zniknęło bez śladu. To, co dzięki niej stało się możliwe, legło u podwalin polskiej demokracji.

Kto się z kim koleguje

Dlatego właśnie pomówienia o tajne porozumienia z Magdalenki były przeciwnikom okrągłostołowego kompromisu tak potrzebne. Służyły bowiem atakowaniu już nie samej umowy, która stała się anachronizmem niemal z dniem podpisania, ale ludzi, którzy ją wynegocjowali i którzy w większości znaleźli się podczas „wojny na górze” po przeciwnej od radykałów stronie barykady. Zarazem ataki te stanowiły formę odwetu ze strony tych, którzy upadek komunizmu dostrzegli jako pierwsi, ale nie mogli się uwolnić od przyklejonej im przez zwolenników okrągłostołowej umowy deprecjonującej etykietki „oszołomów”.

Z czasem i te zarzuty straciły swą magiczną moc. Trudno było je powtarzać w nieskończoność, bez cienia dowodu. Dowody a contrario – że jedynie zdradą i zmową można wytłumaczyć, iż wielu byłych komunistów prosperuje w demokracji – przestały przekonywać, gdy się okazało, że w demokracji trudno sterować czyimkolwiek sukcesem lub klęską.

Pozostało jednak poczucie – poza i ponad politycznym pomówieniem – że solidarnościowi negocjatorzy nie powinni byli tak się zakolegować ze swymi partnerami z drugiej strony stołu. Że jeśli Michnik mógł pić wódkę z Kiszczakiem, a Geremek być na ty z Reykowskim, to ich wiarygodność ucierpiała tak bardzo, że wszelkie inne podejrzenia i obawy stają się uzasadnione.

Zarzut był bolesny i trafny, choć wnioski zeń wyciągane – już nie. 8 marca Krakowskim Przedmieściem przemaszerowała demonstracja młodzieży z NZS, potępiająca milicyjną przemoc podczas tłumienia wcześniejszych demonstracji. Negocjatorom solidarnościowym zaś młodzież zarzucała koniunkturalizm, kompromisowość i pójście na lep. Pod Pałacem Namiestnikowskim rozlegały się gwizdy, ktoś rzucił kamieniem.

– Cholera – pomyślałem sobie – żeby tylko smarkateria nam stołu nie wywróciła.

Obok mnie stał w oknie Andrzej Gdula, jeden z głównych partyjno-milicyjnych negocjatorów. Spojrzał w moją stronę i smutno pokiwał głową. Takeśmy się wspólnie pomartwili chwilę, aż wreszcie uprzytomniłem sobie, że moje miejsce jest przecież na ulicy, a jego wśród pałujących i nie należy o tym zapominać. Skoro jednak zdarzyło mi się o tym zapomnieć, to trudno się dziwić tym, którzy patrząc na Pałac Namiestnikowski z zewnątrz, mogliby pomyśleć, że tam się już w ogóle o tym nie pamięta.

Tymczasem pamiętano, a jakże. Trudno było zapomnieć: było to w końcu spotkanie byłych więźniów i nadal czynnych klawiszy. Ale od samego początku było jasne, po czyjej stronie leżała racja: historyczna, prawna i po prostu ludzka. Sam fakt, że władze usiadły do rozmów z tymi, których dotąd tak zwalczały, był ich przyznaniem się nie tylko do klęski, ale i do tego, że u źródeł tej klęski leżało bezprawie.

Ogromnie to krępowało niektórych przedstawicieli strony rządowej, którzy prześcigali się w zapewnieniach, iż rozumieją „szczególną wrażliwość” byłych więźniów. Troskliwość ta z kolei doprowadzała tych, którzy padali jej ofiarą, do szewskiej pasji. Generalnie jednak nasi trzymali fason i choć czasem puszczały im nerwy, to w wielkim stylu. Jak wówczas, gdy Władysława Frasyniuka poprosił o wypowiedź dla telewizji jeden z najpodlejszych propagandzistów stanu wojennego. Frasyniuk spojrzał nań z góry – jego rozmówca wzrostu również był nikczemnego – i powiedział: „Wie pan… jak siedziałem w więzieniu, to zmuszali nas, byśmy oglądali pańskie programy. Obiecałem sobie, że jak wyjdę, to odszukam sukinsyna i napluję mu w twarz. A teraz na pana patrzę – i widzę, że nie ma na co napluć”. A potem spokojnie udzielił żądanej wypowiedzi.

Trudno o satysfakcję większą od tej, którą dają tego rodzaju doświadczenia. Przez dwa miesiące Okrągłego Stołu, krok za krokiem, przedstawiciele tak dotąd aroganckiej władzy władzę oddawali, rezygnowali kolejno z rozmaitych politycznych świętości. Okopali się w końcu na ostatniej linii obrony – że stanu wojennego nigdy nie potępią – po to jedynie, by usłyszeć od Adama Michnika, że polityk nigdy nie powinien mówić „nigdy”.

Zabrakło Bastylii

Skutki tej satysfakcji były jednak paradoksalne. Nasi okrągłostołowi negocjatorzy opuszczali Pałac Namiestnikowski w poczuciu zwycięstwa. O jednym tylko zapomnieli. Tego poczucia nie miało pozostałych 39 milionów Polaków. W ich życiu nic się nie zmieniło w sposób zasadniczy.

To prawda: w miastach, zwłaszcza wielkich, zaroiło się od solidarnościowych plakatów, książeczek, zelżała cenzura, pojawiła się „Gazeta Wyborcza”. Ale jeden karnawał ludzie już przeżyli i pamiętali, czym się zakończył. Tym razem scenografia wolności nie była już wystarczającym dowodem przełomu. Nie były nim nawet wybory – w tych samych co przedtem lokalach wyborczych, z zagwarantowanym z góry, jak przedtem, zwycięstwem partii „tej samej, ale nie takiej samej”. Zabrakło namacalnego dowodu na to, że – jak 13 grudnia, tyle że z przeciwnym znakiem – nic już nie będzie takie jak przedtem. Przybyło wolności, lecz nie przybyło godności. Zabrakło zdobycia Bastylii.

Nikt nie szturmował Rakowieckiej, bo i nie było po co. Wybory 4 czerwca mogły były, być może, spełnić rolę katharsis – gdyby nie to, że nazajutrz w telewizji wystąpił zaniepokojony Janusz Onyszkiewicz, który zapewniał, że wcale nie cieszymy się, iż większość Polaków skreśliła kandydatów z listy krajowej, i odrzucamy to nieoczekiwane zwycięstwo. No i czołgi na Tiananmen przypomniały nam wówczas, gdzie nadal – zdawałoby się – żyjemy.Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales 2017 film trailer

A potem Polacy obserwowali kolejno: symboliczny pogrzeb Imre Nagya, wielosettysięczne demonstracje w Pradze, upadek muru berlińskiego, rumuńską rewolucję i wiedzieli, że coś psychologicznie bardzo ważnego nieodwołalnie przeszło im koło nosa. I nawet jeśli ktoś pomyślał, że to właśnie naszej wstrzemięźliwości, która przemiany w całym bloku uczyniła nieodwracalnymi, sąsiedzi zawdzięczają swoje karnawały – nie było powodu do satysfakcji. Po tylu latach wyrzeczeń i cierpień, po nieustannych lekcjach geopolityki, strategii, taktyki i „mądrości etapu”, ludzie po prostu chcieli nacieszyć się wolnością, bez obawy, że zbytnia radość może wolności zagrozić. Nie było to możliwe, a gdy stało się możliwe, radość miała już zleżały smak.

Zabrakło ujrzenia, choćby przez moment, strachu na twarzach tych, których tak długo się bano. Nie, nie dlatego, byśmy szykowali odwet. Ale dlatego, że bezszmerowe przejście „onych” z etapu w etap, bez bólu i strachu, było po prostu zbyt niesprawiedliwe. Na ich upokorzenie i klęskę napatrzyli się za to okrągłostołowi negocjatorzy. I znów było jak w starym dowcipie, że szynkę naród spożywa ustami swoich przedstawicieli.

Negocjatorzy tymczasem nie tylko zaspokoili swą potrzebę zwycięstwa, ale w pewnym momencie uświadomili sobie, że mają z negocjatorami strony przeciwnej wspólne cele. Obie strony bardzo ryzykowały, zasiadając do Okrągłego Stołu. W obu obozach pozostali liczni i wpływowi przeciwnicy ugody; po stronie partyjnej stanowili oni wręcz większość. Klęska Okrągłego Stołu byłaby też klęską polityczną jego uczestników. Stąd bardzo silna motywacja, po obu stronach, by dzieło zakończyło się sukcesem. A skoro sukces nie był możliwy bez ustępstw obu stron, uczestnicy zorientowali się, że łączy ich wspólny interes.

Nie był to jedynie interes politycznego przetrwania. Wysoka wartość stawki, jaką było pokojowe uniknięcie możliwej konfrontacji, podbijała zarazem cenę klęski. Fiasko Okrągłego Stołu nie tylko wyeliminowałoby z życia politycznego, przynajmniej na jakiś czas, Geremka i Reykowskiego, Kiszczaka i Mazowieckiego – acz zapewne nie Jaruzelskiego, który się przy stole nigdy nie pojawił; i nie Wałęsę. Klęska zwolenników kompromisu pozostawiłaby, co ważniejsze, na placu boju radykałów po obu stronach. Gdyby negocjacje spełzły na niczym, nie tylko ugoda nie zostałaby zawarta, lecz konfrontacja stałaby się dużo bardziej prawdopodobna. Negocjatorzy mieli świadomość tej odpowiedzialności.

Pacta sunt servanda

Tym natomiast, z czego zapewne nie zdawali sobie sprawy, był fakt, że wytyczali oto nowe wzorce politycznego zachowania. Partia, która dotąd swój monopol władzy uważała za pewnik, teraz dzieliła się władzą – i to w sposób najzupełniej konkretny, acz nadal dalece odbiegający od społecznych oczekiwań. Opozycja, która była przekonana, że reprezentuje niemal całe polskie społeczeństwo, gotowa była uznać jakąś formę prawomocności komunistycznej władzy, choć jedynie na czas określony.

Tym samym przekreślona została zasada, że zwycięzca bierze wszystko. Zasada ta, rzecz paradoksalna, daje się wyrazić tak w języku bolszewickim („władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy”), jak i w języku pozornie demokratycznym („jesteśmy większością, więc wszystko nam wolno”). Tymczasem testem demokracji jest to, ile praw i gwarancji ma mniejszość.

Nie wiem, czy solidarnościowi architekci okrągło-stołowej ugody – gdy odrzucili możliwość wyborczej klęski listy krajowej i gdy pomogli w wyborze Jaruzelskiego na pierwszego prezydenta RP – mieli świadomość, że tworzą sieć precedensów, która w sposób zasadniczy wpłynie na oblicze polskiej demokracji. Respektując porozumienia, choćby zawarte pod presją okoliczności, kiedy druga strona nie jest już w stanie wymusić ich przestrzegania, solidarnościowi politycy udowodnili swoje przywiązanie do wartości, która legła u podstaw okrągłostołowej ugody: do zasady pacta sunt servanda.

To właśnie stało się najważniejszym trwałym dziedzictwem rozmów w Pałacu Namiestnikowskim. Fakty są poza wszelką dyskusją: ugoda Okrągłego Stołu umożliwiła komunistom – nie tylko kierownictwu PZPR, ale trzem milionom szeregowych członków – stosunkowo bezbolesne lądowanie w wolnej Rzeczypospolitej. Wolność, wywalczona od nich, wywalczona została także dla nich. Nic z tego, co nastąpiło później – procesy pojedynczych stalinowskich zbrodniarzy czy sprawców masakr na Wybrzeżu i w Wujku, konfiskata większości mienia byłej PZPR, ustawy lustracyjne – faktu tego zasadniczo nie zmienia.

Dla wielu jest on ostatecznym, niepodważalnym dowodem okrągłostołowej zdrady. Istotnie, przy każdym innym biegu wydarzeń cena, jaką by komuniści musieli zapłacić za minione półwiecze, byłaby znacznie wyższa. Trudno zarazem dziwić się tym, którzy twierdzą, że – jakakolwiek by była – cena ta i tak nie byłaby wystarczającą karą za ich winy.

A przecież rad jestem, że do tego nie doszło. Że żyję w kraju bez zwycięzców i zwyciężonych. Że energia społeczeństwa polskiego poszła w budowanie przyszłości, a nie w wojny o przeszłość. Jest tak, choć wiem, że gdybym sam musiał zaakceptować, że za krzywdy mi wyrządzone nikt w końcu nie zapłaci, mój stosunek byłby zapewne inny. I wiem, że krzywda nie naprawiona jest krzywdą podwójną.

A zadowolone z siebie oblicza tych, którzy nie poczuwają się do odpowiedzialności za przeszłość, mierżą mnie tak, jak mierziły. I są rzeczy, których nie wybaczyłem i nie wybaczę.

Gdy pisałem ten artykuł, odwiedził mnie pan Soe Thinn, szef sekcji birmańskiej Radia Wolna Azja. Robił na dziesiątą rocznicę program o polskim Okrągłym Stole jako możliwym modelu dla Birmy, gdzie od lat wojskowy reżim tylko dzięki krwawym represjom utrzymuje się przy władzy.

Wypytał mnie dokładnie o przebieg negocjacji, o role poszczególnych polityków i o to, czy widzę jakieś analogie z sytuacją Birmy. Powiedziałem, że analogie widzę, ale jestem mimo to dość sceptyczny.

– Właśnie – zmartwił się pan Thinn. – Skąd my weźmiemy birmańskiego Jaruzelskiego?

Dawid Warszawski

Recent Posts

Leave a Comment